Bardzo ciekawy artykul dotyczacy emigracji, po Polsku, w Duzym Formacie Gazety Wyborczej. Sa to fragmenty ksiazki. Polecam!
http://wyborcza.pl/1,75480,6436812,Amerykanska_selekcja.html
Amerykańska selekcja
Małgorzata Szejnert
2009-03-31
Rok 1912. Połowa imigrantów żydowskich, włoskich i rosyjskich nie radzi sobie z testami. Zostają uznani za upośledzonych umysłowo.
6 grudnia 1912 roku do portu nowojorskiego wchodzi statek "Königin Luise", dwa maszty, dwa kominy, zbudowany w stoczni Vulcan w Szczecinie. Ma dwieście dwadzieścia pięć miejsc w pierwszej klasie, dwieście trzydzieści pięć w drugiej, tysiąc dziewięćset czterdzieści w najgorszej - na "steerage". Należy do Północnoniemieckiego Lloyda i wypłynął z Bremy pod flagą niemiecką.
Pasażerowie "steerage" przechodzą z bagażami na prom Ellis Island i wysiadają na wyspie.
Gdyby na tym świecie panowała jakakolwiek równowaga, powinny się teraz odezwać wszystkie dzwony i dzwonki - na promie, na nabrzeżu Ellis, w rękach dozorców i na biurkach sekretarek. Prom powinien być ozdobiony chorągiewkami, przynajmniej tak pięknie jak dwadzieścia lat temu, gdy na stacji postawiła nogę pierwsza jej klientka, Annie Moore z Irlandii.
Z promu schodzi Franciszka Jagielska. Wiemy o niej tyle co z listy pasażerów zwanej manifestem, ale wystarczy, żeby mieć pewność - to ta sama Franciszka Jagielska, którą mąż przywoływał do siebie, strasząc, że w "Ameryce dużo żonów można nabyć za małe pieniedze". Franciszka nie mogła się przestraszyć tej groźby, bo list do niej nie dotarł. Zatrzymała go wraz z setkami innych listów z Ameryki carska cenzura.
"Pochodzenie: Rosja, polskie
Ostatnie miejsce zamieszkania: Dulsk, Rosja
Wiek w dniu przybycia: 42
Stan cywilny: Mężatka
Wzrost: 5 stóp, 3 cale [metr sześćdziesiąt]
Ile ma pieniędzy: Nie ma
Czy była przedtem w Stanach: Nie
Z kim płynie: Sama
Kto kupił bilet: Mąż
Gdzie mąż mieszka: W Pensylwanii, Pittsburgh [nazwa miasta niezupełnie czytelna]
Dokąd się udaje: Do męża
Umie czytać, pisać: Nie
Poligamistka, anarchistka: Nie, nie
Zdeformowana, kaleka: Nie
Stan zdrowia, fizyczny, umysłowy: Dobry
Budowa ciała: Foremna
Włosy: Blond
Oczy: Niebieskie
Znaki szczególne: Brak"
Nikt jednak nie wita Franciszki Jagielskiej ani dzwonkiem, ani chorągiewką. Być może przyjechał z Pittsburgha mąż Józef. Miejmy nadzieję, że Franciszkę wpuszczono do Stanów. Nie ma kaucji dwudziestu pięciu dolarów wprowadzonej niedawno przez komisarza Williamsa, ale na pewno mąż przywiózł jakieś pieniądze. Nie grozi jej za to test z czytania, ciągle nie został wprowadzony.
Peter Mac
Bagażowy Peter Mac w okrągłej służbowej czapce, w białej koszuli i spodniach na szelkach (posada jest dobra i Peterowi zarysował się brzuszek) kieruje ruchem dobytku przywiezionego z różnych stron świata. Niektóre rzeczy, które obserwuje, są oczywiste, a inne ciągle go dziwią. Przyzwyczaił się na przykład do tego, że każda nacja inaczej obwiązuje sznurami swoje toboły - i wie, które pętle i supły zrobiono w bliskiej jego sercu Irlandii (skąd ma żonę), które w Szwecji, które we Włoszech, a które w Szwajcarii.
Bagaże Duńczyków, Szwedów i Norwegów są upchane najbardziej. Według Petera ci ludzie biorą ze sobą więcej niż ktokolwiek inny: materace, piernaty, łóżka, szuflady, krzesła kuchenne, i choćby się im tłumaczyło, że zapłacą krocie za ich transport do miejsca przeznaczenia, nie chcą się z tym rozstać, jak z życiem.
Walizki Anglików i Francuzów są w lepszym stanie niż inne i zdecydowanie najbardziej nowoczesne. Grecy i Arabowie mają toboły wielkie jak góry, zbierają pięćset lub sześćset funtów rozmaitych rzeczy, ugniatają je razem i zawijają w dywany i chusty. Taką sztukę musi czasem nieść sześciu mężczyzn.
Peter, który stoi na straży waliz i tobołów i twierdzi, wbrew rachunkowi prawdopodobieństwa, że nigdy nic nie zagubił, dziwi się zachowaniu Polaków. Wprawdzie w dokumentach podróży są oni zapisani jako Rosjanie, Austriacy lub Niemcy, ale po tylu latach pracy w Castle Garden Peter Mac rozróżnia brzmienie różnych języków. Otóż ludzie, którzy mówią po polsku, nie lubią zdawać bagaży na przechowanie i taszczą je wszędzie ze sobą. Największą wagę przywiązują do pierzyn. Niosą je nieraz na głowie albo ramieniu i podtrzymują jedną ręką, podczas gdy drugą ciągną kufer z uczepionymi do niego dziećmi.
Potokowi ludzi i rzeczy przygląda się także uważnie doktor Victor Safford, któremu zaproponowano posadę lekarza na Ellis Island. Widowisko na Ellis Island tak go fascynuje, że gotów jest przyjąć pensję dużo niższą niż ta, którą ma obecnie, aby poznać bliżej to niezwykłe miejsce. Przewiduje, że dostarczy mu ono wyzwań zawodowych.
Jego także, jak Petera Maca, uderza to, że imigranci nie chcą się rozstać z dobytkiem, i jak przystało na chirurga, zwraca uwagę na niebezpieczne skutki tego uporu. Pół biedy, gdy człowieka taranuje wiklinowy kosz, bo wiklina jednak ustąpi i nie połamie żeber. Gorzej, gdy nacierają pudła i paki najwyraźniej pełne żelaznych obiektów. Należy także uważać na wielkie toboły na ramionach silnych słowiańskich dziewcząt. Te bele "zdają się miękkie i puszyste, ale poza jedną lub dwiema pierzynami zawierają prawdopodobnie parę rusztów do pieca, żelazne czajniki lub garnki i różne inne wschodnioeuropejskie lary i penaty o podstawowym praktycznym znaczeniu".
Jeśli dziewczyna weźmie nagły skręt, każdy, kto ma nieszczęście znaleźć się blisko, odczuje energię, jaką uzyskał ładunek w trakcie obrotu. Najzłośliwsze są jednak zdaniem doktora Safforda te wysoko oceniane przez Petera Maca zgrabne kuferki Anglików - nie tylko twarde, lecz na dodatek okute na rogach, tak że zadają rany.
Sześciosekundowi
Imigranci weszli do wielkiego westybulu na parterze głównego gmachu stacji, a teraz wspinają się na pierwsze piętro (w amerykańskim porządku - na drugie) pod uważnym wzrokiem lekarzy, którzy, jak już wiemy, noszą uniformy przypominające mundury wojskowe. Przybysze z podbitych państw Europy niczego i nikogo nie boją się bardziej niż mundurowych, uosabiających opresję w ich miastach i wioskach, więc czynią wszystko, by zniknąć z pola widzenia, schować się za kimś większym, wsiąknąć w kapotę, zasłonić tobołkiem. Te naiwne sposoby zostały szybko odkryte, skatalogowane, opisane w instrukcjach i lekarze dobrze wiedzą, kogo wyłuskać z tłumu do dalszych badań.
Lekarz inspekcyjny, który obrzuca imigranta szybkim spojrzeniem, musi zwrócić uwagę na sześć elementów: skórę głowy, twarz, szyję, ręce, sposób chodzenia i ogólną kondycję - fizyczną i psychiczną. Jeśli któryś z tych elementów nie jest widoczny gołym okiem, lekarz zatrzymuje imigranta, aby się upewnić, czy nie ma w tym czegoś podejrzanego.
Wysoki kołnierz. Należy go rozpiąć i sprawdzić, czy nie czai się pod nim wole lub wrzód.
Kapelusz. Kryje często strupień woszczynowy albo grzybicę.
Bujne loki. Jak wyżej.
Czapka z daszkiem nasunięta na oczy. Może osłaniać zapalenie spojówek albo jaglicę.
Ręka schowana pod płaszczem, szalem, bagażem. Może się okazać zdeformowana, sparaliżowana, bez palców, ze strupniem.
Bagaże. Mogą maskować wady postawy. Imigrant musi zostawić je na podłodze i przejść bez nich około dziesięciu stóp.
Dzieci powyżej dwóch lat uczepione matki. Matka ma postąpić jak wyżej.
Obliczono, że w dniach większego napływu, kiedy Ellis przyjmuje cztery - pięć tysięcy osób, każdy lekarz ma na zeskanowanie wzrokiem jednego człowieka mniej więcej sześć sekund. O doktorach inspekcyjnych, zwanych także liniowymi, mówi się coraz częściej - "sześciosekundowi".
Jeżeli "sześciosekundowy" coś zauważy i uzna, że potrzebne są dalsze, dokładniejsze badania, musi im nadać kierunek za pomocą kredy. Na ubraniu osoby podejrzanej o defekt psychiczny rysuje X. Jeśli defekt psychiczny jest bardzo prawdopodobny - ujmuje X w kółko. B to grzbiet (back), C - zapalenie spojówek (con junctivitis), CT - jaglica (trachoma), E - inne choroby oczu (eyes), F - twarz (face), Ft - stopy (feet), G - wole (goiter), H - serce (heart), K - przepuklina (hernia), N - szyja (neck), P - badanie i płuca (physical and lungs), Pg - ciąża (pregnancy), Sc - skóra głowy (scalp), S - otępienie (senility).
Czasem nie stosuje się kamuflażu, lecz maluje kredą całe słowo, na ogół na piersiach lub plecach imigranta: ręka, noga, skóra, paznokcie (krótki rzeczownik: nails).
Osoby oznaczone kredą obserwuje teraz inny lekarz, ustawiony w dobrze oświetlonym miejscu, przy wielkim oknie. Nazywają go na wyspie "człowiek oko". Bada dokładniej podejrzane oczy, głowy i ręce. Czasem o coś zapyta - z pomocą tłumacza. Może uwolnić imigranta od podejrzenia albo je potwierdzić. W tym drugim przypadku kieruje pacjenta do któregoś z pokoi lekarskich na dalsze badanie, czasem psychologiczne.
Do 1998 roku historia wyspy nie znała przypadku, by komuś udało się wymknąć z niewoli znaków kredowych. W tymże roku przypłynęła na Ellis osiemdziesięcioczteroletnia Hiszpanka Espuga Manuela Carnero. Wyemigrowała do Ameryki w 1920 roku z matką i bratem. Miała sześć lat, ale zapamiętała, że inspektor oznaczył kredą płaszczyk braciszka. Matka tak szybko i zręcznie ściągnęła z niego ten płaszcz, że nikt niczego nie zauważył. Nie wycofano chłopca z szeregu i nie rozłączono z rodziną. Espuga Manuela Carnero przypłynęła na Ellis, by to opowiedzieć i nagrać, ponieważ nigdy nie jest za późno na mówienie innym, że trzeba walczyć do końca, nawet gdy opór wydaje się beznadziejny.
William Williams
Komisarz Williams podpisuje swoim nazwiskiem regulamin sprzątania na Ellis Island.
Każdy pracownik jest wyposażony w wiadro, twardą miotłę, szorstką gąbkę, szorstkie ręczniki i szmaty, i trzy szczotki różnego rodzaju.
Wszyscy mają pracować z energią, jakiej wymagają prywatne korporacje i indywidualni pracodawcy w mieście Nowy Jork. Kto tego zaniedba, spadnie z listy płac.
Najpierw myje się toalety. Potem dormitoria męskie.
Zdjąć koce. Odłożyć te, które wymagają czyszczenia. Wytrzepać i porządnie złożyć pozostałe. Wszystkie koce zmieniać w poniedziałki i w piątki (to zdanie dopisano ręcznie na dokumencie).
Oczyścić ramy łóżek terpentyną i naftą. Umyć ściany.
Podwiesić równo łóżka na pasach.
Umyć podłogi.
Teraz wszyscy przechodzą do dormitoriów kobiecych. Robią to samo co w męskich.
Potem rozchodzą się do swoich rewirów. Zdezynfekować podłogi karbolem. Zdezynfekować toalety. Umyć pokój zatrzymań kobiet, pokój dochodzeń, pokój agentów kompanii okrętowych.
Między siódmą piętnaście a dziewiątą piętnaście rano napełnić wszystkie zbiorniki na lód.
Stale opróżniać kosze i spluwaczki. Po pierwszym obchodzie zrobić następny. Także w nocy. Wszystko spalić.
We wtorki, czwartki i soboty usunąć insekty z łóżek, grzejników i szczelin.
Zrobić to specjalną maszyną.
Co dziesięć dni umyć okna.
Sprzątacze dzienni (sześćdziesiąt sześć osób, w tym dziewięć kobiet) wypływają na wyspę z Manhattanu o szóstej dwadzieścia rano i pozostają na Ellis Island do piątej trzydzieści po południu. Przerwa na lunch od dwunastej do dwunastej czterdzieści pięć. Załoga nocna liczy piętnaście osób, w tym pięć kobiet.
Nie wiemy, czy komisarz zlecił spisanie tych zasad swemu pracownikowi, na przykład Byronowi Uhlowi, czy sporządził to sam. Nie można wykluczyć, że sam. Jest drobiazgowy.
Kwiatuszek La Guardia
W okresie szczytu imigracyjnego na Ellis Island pracuje trzydziestu sześciu tłumaczy. Według listy sporządzonej w biurze komisarza posługują się następującymi językami: angielskim, arabskim (syryjskim), ormiańskim, albańskim, czeskim, morawskim, słowackim, bośniackim, chorwackim, hercegowińskim, dalmatyńskim, serbskim, słoweńskim, czarnogórskim, macedońskim, węgierskim, bułgarskim, rumuńskim, rosyjskim, rusińskim, polskim, litewskim, duńskim, norweskim, szwedzkim, holenderskim, fińskim, flamandzkim, francuskim, niemieckim, greckim, włoskim, portugalskim, tureckim, perskim, jidysz.
Jednym z najlepszych tłumaczy jest Fiorello, Włoch z pochodzenia, niewysoki, okrągły, ruchliwy, o pogodnej twarzy. Wszyscy go nazywają Kwiatuszek, naruszając poniekąd powagę służby. Nikomu także nie przyjdzie do głowy, i przyjść nie może, że pomijane nazwisko Kwiatuszka będzie kiedyś znane na całym świecie jako nazwa jednego z najbardziej ruchliwych lotnisk w Ameryce, a on sam spoglądać będzie na pasażerów z marmurowego pomnika; rzeźbiarz nadał okrągłym rysom modela energiczną twardość.
Fiorello Raffaele Enrico La Guardia zna następujące języki: włoski, serbsko-chorwacki, niemiecki, jidysz, trochę francuski i naturalnie angielski, bo urodził się w Nowym Jorku. Pracuje na wyspie od niedawna. Przedtem przez parę lat był amerykańskim konsulem w Fiume nad Adriatykiem.
Wszyscy tłumacze są w służbie rządowej USA, ale ciągle jeszcze należą duchowo do kraju, z którego wyszli, do środowiska, które opuścili, i powinność pracy na rzecz rządu i jego ustaw walczy w nich z litością dla przybyszy. To straszny ciężar, bo od przekładu wiele zależy. Zeznania przed radą do specjalnych dochodzeń mogą człowieka uratować, kiedy są zręczne, i mogą pogrzebać, gdy są naiwne, zwłaszcza że rada rozstrzyga setki spraw dziennie i zawsze się śpieszy.
Niektóre ustawy budzą zresztą tyle wątpliwości, że trudno im się podporządkować. Tak jest na przykład z pracą kontraktową.
Na wyspie pracuje grupa inspektorów, którzy pilnują, czy imigranci nie przypłynęli do Stanów Zjednoczonych jako konkurencyjna siła robocza. Według La Guardii ustawa jest sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem. Wiadomo, że człowiek emigruje po to, żeby pracować.
Fiorello uważa, że nigdy dosyć ostrożności, gdy się jest imigrantem przed komisją.
"Odpowiadając na pytania inspektorów, imigranci muszą bardzo uważać, bo jeśli ich oczekiwania będą zbyt entuzjastyczne, mogą zostać zatrzymani jako osoby, które przybyły z pogwałceniem prawa o pracy kontraktowej. Ale mogą być także wykluczeni, jeżeli będą zbyt enigmatyczni, nie będą nikogo znali, nie będą wiedzieli, dokąd się udać, aby dostać pracę ".
Tłumacz nie może niczego doradzać, nie może być stroną. Może jednak w odpowiedniej chwili dać do myślenia zawieszeniem głosu albo spojrzeniem. Może rozładować napięcie spokojem, stonować pytanie albo odpowiedź. Jednym słowem - czuwać. To jest potrzebne nie tylko tym, którzy podlegają śledztwu, ale i inspektorom, ponieważ, jak twierdzi La Guardia, większość z nich to porządni ludzie i chcą zachowywać się przyzwoicie.
Tymczasem komisarz Watchorn, którego Fiorello bardzo szanuje i który dał mu od razu bardzo dobrą pensję (tysiąc dwieście dolarów rocznie, zwłaszcza za tak potrzebny język chorwacki), jest stanowczym zwolennikiem ustawy - jako były działacz związkowy. Wprawdzie sam przyjechał przed laty pracować w kopalni, ale wtedy ustawa jeszcze nie obowiązywała, a poza tym wynalazł sobie robotę na własną rękę - no, może z pomocą braci metodystów.
La Guardia, który dziwi się ustawie, dopuszcza jednak do siebie myśl (być może pod wpływem komisarza), że ten akt, ograniczający dopływ siły roboczej, ogranicza też wyzysk w kopalniach, stalowniach, fabrykach samochodów, tkalniach i rzeźniach Ameryki.
Wielki i mały komisarz Watchorn
Ustalenie, czy Robert Watchorn jest wysoki, czy niski, to zadanie prawie niemożliwe. Nie ułatwią tego zdjęcia wykonane przez Augustusa Shermana.
Na pierwszym Sherman ustawił Watchorna i jego zastępcę Josepha Murraya obok człowieka, który nie ma na zdjęciu ani nazwiska, ani imienia. Na odbitce napisano tylko "Rosyjski gigant". Olbrzym, niezmiernie elegancki, w kamizelce, z cylindrem, w ogromnych lśniących kamaszach, opiera protekcjonalnie ręce na ramionach obu urzędników, a jego biała dłoń jest pewnie niewiele mniejsza niż lewe płuco komisarza, nad którym zawisła.
Na drugim zdjęciu Watchorn i Murray stoją obok człowieczka, którego określono jako
"Birmańczyka". Człowieczek ten jest taki maleńki, że zmieściłby się w szufladzie biurka komisarza, i równie wytworny jak olbrzym.
(Obaj, gigant i karzełek, zachowują godność tak jak obdarzony czterema kończynami Perumall Sammy. Nie wiemy, czy ich wpuszczono do Stanów, ale żaden z tych trzech nie wydaje się upośledzony umysłowo ani psychicznie i na pewno nie będzie ciężarem społecznym w kraju, gdzie tak bardzo kocha się rekordy).
Fakt, że Robert Watchorn raz wydaje się mały, a raz wielki, stanowi właściwy komentarz do jego sytuacji. Na tym stanowisku każda decyzja podlega natychmiast krańcowym ocenom.
Komisarz nie pozwala na to, by pobożni chrześcijanie podchodzili na wyspie do Żydów i wciskali im do rąk religijne teksty przetłumaczone na hebrajski lub jidysz. Wyjaśnia, że większość Żydów uciekła do Stanów przed dyskryminacją, także z religijnych powodów, i że zainteresowanie misjonarzy musi w nich budzić niepokój, zwłaszcza gdy okazują je na terenie placówki rządowej. Zyskuje wdzięczność organizacji żydowskich, ale jedno z towarzystw chrześcijańskich skarży się na niego do Białego Domu.
Wyrzuca z Ellis Island prawników, którzy wyciągają z imigrantów ostatnie pieniądze, obiecując im załatwić beznadziejne sprawy. Tę czystkę rozpoczął już William Williams; od roku 1904 do 1908 pozbyto się dwudziestu pięciu takich adwokatów. Tutaj komisarze nie mogą się spodziewać niczyjej wdzięczności.
Robert Watchorn odnosi się do zarządzeń organizacyjnych Williama Williamsa z wielkim szacunkiem, ale wycofuje nałożony przez niego na imigrantów obowiązek pokazania dziesięciu dolarów wraz z biletem do miejsca przeznaczenia w Stanach. Stwierdza, że wiele sprawnych osób deportowano tylko z powodu braku pieniędzy - jako potencjalny ciężar społeczny, podczas gdy z innych względów zasługiwali oni na przyjęcie. Organizacje etniczne przyjmują to z uznaniem, ale zwierzchnicy z niechęcią, bo ich zdaniem komisarz rozluźnił gorset inspekcji.
Za to podczas kadencji Roberta Watchorna w kwietniu 1906 roku z Ellis Island odpływa tysiąc imigrantów wydalonych jako robotnicy kontraktowi. Deportacje budzą rozpacz odrzuconych, gniew wytwórców potrzebujących taniej siły roboczej i aprobatę związkowców.
Trudno odmówić racji Watchornowi, kiedy skarży się swemu zwierzchnikowi w rządzie: - Na tym miejscu nie zadowoliłby nikogo nawet święty z nieba, wspierany przez całą swoją świątobliwość.
Thomas Salmon
Doktor Salmon, którego nie można posądzić o żadne uprzedzenia, twierdzi, że stan zdrowia psychicznego nowej imigracji jest niepokojący. Kiedy jeszcze pracował na Ellis Island, zbadał statystyki oddziałów psychiatrycznych w stanie Nowy Jork. Okazało się, że jest w nich nieproporcjonalnie dużo pacjentów urodzonych poza Stanami Zjednoczonymi. Przybysze spoza Ameryki stanowili dwadzieścia sześć procent populacji stanu, ale aż czterdzieści sześć procent chorych psychicznie w nowojorskich szpitalach.
Doktor Salmon przedstawił następujący rachunek: deportacja pięćdziesięciu dziewięciu imigrantów z powodów psychiatrycznych w 1905 roku zaoszczędziła stanowi Nowy Jork prawie dziewięćdziesiąt tysięcy dolarów. Obliczył to na podstawie kosztów leczenia, utrzymania i oczekiwanej długości życia tych chorych. Była to wówczas ogromna suma. Według doktora Salmona roczna inspekcja imigrantów kosztuje mniej, a na dodatek wydalenie chorych jest aktem profilaktyki wobec USA.
Jak jednak poradzić sobie z oddzieleniem (żeby nie używać słowa "selekcja") chorych umysłowo od zdrowych? Felery fizyczne łatwo zauważyć, załoga Ellis Island ma w tym doskonałą praktykę. Choroby umysłowe są tajemnicze i często ukryte. Ale i w tej dziedzinie medycyny wynaleziono narzędzia diagnozy. Postępowi lekarze w wielkich miastach Europy stosują testy na inteligencję. Pionierem tej metody jest francuski psycholog Alfred Binet. Jego prace trafiają do Stanów dzięki Henry'emu Goddardowi, który rozpoczął karierę życiową jako trener futbolu, nauczyciel łaciny, historii i botaniki w południowej Kalifornii, a z czasem, już jako doktor filozofii, został dyrektorem do spraw badawczych w szkole dla upośledzonej młodzieży w stanie Nowy Jork.
Pracując w tej szkole, tłumaczy na angielski skalę Bineta i rozpowszechnia ją w dziesiątkach tysięcy kopii w Stanach Zjednoczonych.
Wiadomość o tym musi zainteresować Williama Williamsa, nie tylko jako komisarza wyspy imigrantów, ale także jako członka światłego Klubu Uniwersyteckiego. Tak więc w 1910 roku Williams zaprasza Goddarda na Ellis Island w nadziei, że pomoże w diagnozach.
Henry Goddard, mimo iż stosuje postępowe metody badawcze, jest radykalnym eugenikiem i chętnie propagowałby sterylizację upośledzonych. Ale ponieważ obawia się krytyki społecznej, proponuje tylko ich odosobnienie, najlepiej w specjalnych ośrodkach-koloniach.
Zastosowanie na wyspie testów na inteligencję przynosi natychmiastowy efekt - liczba deportacji dramatycznie rośnie.
Połowa imigrantów żydowskich, włoskich i rosyjskich nie radzi sobie z testami. Zostają uznani za "feeble-minded" - upośledzonych umysłowo.
W 1912 roku "New York Times" informuje nie - jak przedtem doktor Salmon - o oszczędnościach wielotysięcznych, ale o milionowych. W tym roku zarządzono prawie o pięćdziesiąt sześć procent deportacji więcej niż w poprzednim.
Liczba chorych psychicznie w szpitalach stanu Nowy Jork zmniejsza się z około dwóch tysięcy trzystu do pięciuset siedemdziesięciorga trojga. Według Stanowej Komisji Szpitalnej cytowanej przez dziennik od 1904 roku pozbyto się ze stanu Nowy Jork prawie pięciu i pół tysiąca pacjentów. Prawie trzy tysiące stu deportowano, a około tysiąca pięciuset wysłano do innych miejsc w Ameryce. Gdyby pozostali w stanie Nowy Jork, kosztowaliby go prawie milion sto tysięcy dolarów rocznie.
Dziewczynka z gór
Fiorello La Guardia zapisał w autobiografii:
"Kilkunastoletnia dziewczynka z gór w północnych Włoszech znalazła się na Ellis Island. Nikt nie znał dobrze jej szczególnego dialektu, a ponieważ wahała się przy odpowiedziach na pytania, których nie rozumiała, została odesłana do szpitala na obserwację. Mogłem wyobrazić sobie skutek, jaki to wywarło na dziewczynce, zawsze starannie chronionej, której nigdy nie pozwolono na przebywanie z mężczyzną sam na sam, gdy lekarz nagle opukał jej kolana, zajrzał w oczy, obrócił na plecy i połaskotał grzbiet, aby wywołać odruchy. Dziecko zbuntowało się - i jak! To był najokrutniejszy przypadek, jaki widziałem kiedykolwiek na wyspie. W dwa tygodnie to dziecko zupełnie oszalało, chociaż kiedy przybyło na Ellis Island, było rozsądne i normalne".
Henry James
Kiedy pisarz Henry James w 1904 roku przypływa z Europy, gdzie spędził większość dojrzałego życia, do Ameryki, z której pochodzi, jest po sześćdziesiątce i cieszy się sławą. Wydał powieści "Daisy Miller", "Portret damy", "Dom na placu Waszyngtona", "Bostończycy". Przygląda się zmianom w swoim starym kraju. Porusza go napływ nowej ludności. Chce zobaczyć bramę Ameryki, stację na Ellis, i komisarz Williams chętnie mu ją pokazuje.
James określa Williama Williamsa jako "wybitnego komisarza tej wspaniałej służby" (imigracyjnej) i składa mu w ten sposób podziękowanie w powieści-eseju "The American Scene" wydanej w 1907 roku.
Jest mu wdzięczny za gościnność i swobodę, za to, że Williams pomógł mu zobaczyć dramat tego miejsca, "przejmujący i niezapomniany".
"Przed tymi drzwiami - pisze James o imigrantach na Ellis - które otwierają się dla nich tylko ze stokrotnymi formalnościami i ceremoniami, z mieleniem i zgrzytaniem klucza, stoją, błagając i czekając, uszeregowani, zbici w stado, podzieleni, podpodzieleni, posortowani, przesiani, obszukani, odkażeni ".
Henry James jest przekonany, że wrażliwy obywatel Stanów Zjednoczonych, któremu zdarzyło się widzieć pracę Ellis Island, nie będzie po powrocie z wyspy tym samym człowiekiem. "Zjadł owoc z drzewa poznania i ten smak na zawsze pozostanie mu w ustach".
* Fragmenty książki-reportażu "Wyspa klucz" Małgorzaty Szejnert, która ukaże się 6 kwietnia nakładem wydawnictwa Znak
Małgorzata Szejnert
Tuesday, April 7, 2009
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
No comments:
Post a Comment